Wyobraźcie sobie, że Polska wydaje się być małym dzieckiem. Każdy wraz z nas chce, aby rosło ono zdrowe i silne. Tymczasem propozycje PiS będą dla niego jak lukrowane pączki - choć syte i atrakcyjnie wyglądające, nie zaakceptować dają naszej pociesze tegoż, czego naprawdę potrzebuje. Co gorsza, inni wujkowie jak i również ciocie na imprezie w tej chwili szykują się, aby zwodzić je jeszcze bardziej, serwując podobne słodycze spod lady.

Prawdziwy problem polega na tym, że za pewien czas bardzo trudno będzie wytłumaczyć naszej latorośli, że pączki są dla tej dziewczyny niekorzystne i tak naprawdę wymaga szpinaku oraz brukselki, żeby zdrowo się rozwijać. Warzywa będą już wtedy nieatrakcyjne i odgórnie odrzucane. A to może nakręcić niesłychanie niebezpieczną spiralę licytacji dzięki słodkości, po której szybko nadejdą mdłości. To niezbyt wyszukane konfrontacja przyszło mi na myśl, gdy słuchałem w sobotę konwencji partii rządzącej.

Dlaczego? Ponieważ oferowanie łakoci, być może łechce smak, ale de facto mało dobrego z tego dla osób wynika. Choć, powiedźmy to sobie jasno, z politycznego punktu widzenia operacja "piątka Kaczyńskiego" jest bardzo udana. PiS ma bowiem plan, aby przykryć wszystkich redystrybucyjną czapką. Licytuje tak wysoce, że zaczął wyciągać króliki z nieswojego kapelusza (500 plus na każde milusiński oraz "13" emeryturę wzięte z programu PO, PKS-y od Wiosny Roberta Biedronia). A że propozycje socjalne są dla elektoratu bardzo pociągające, politycy grają w nich chętnie i nierzadko, nie zadając pytań o cele długoterminowe.

500 plus na każde dziecko, PIT - program PiS jak lukrowane pączki

PiS dosypał więc węgla do obecnie rozżarzonego pieca. Jeszcze większym socjalem przysypał wcześniejszy niższy socjal. To na pewno da sporego kopa rodowitej konsumpcji. I teraz nasuwa się najważniejsze pytanie: czy stymulowanie wzrostu PKB konsumpcją jest dla naszej gospodarki dobre, czy nie? Jedni powiedzą, że to niesłychanie korzystny ruch przed nadchodzącym spowolnieniem, inni, że wówczas rozwali nasz budżet, podczas gdy nadejdą gorsze czasy. Co najciekawsze i jedni, i drudzy mogą mieć rację. Konsumpcja bowiem dzięki pewien czas podpompuje nam PKB, ale tylko krótkookresowo, a co później? Dywanom dalej w las, tymże może być ciemniej.

Ponieważ czy tak naprawdę właśnie konsumpcji potrzebuje w tym momencie nasza gospodarka? Czy nie jest przypadkiem tak, że prostym dosypywaniem różnym grupom społecznym, wypacza się sens reform strukturalnych, otwartej dyskusji nad rzeczywistymi wyzwaniami stojącymi przed Polską? Bądź przez licytację naszymi małymi pieniędzmi, tracimy z oczu prawdziwy cel, jakim musi być wzrost inwestycji jak i również przestawienie naszej gospodarki dzięki tory wyzwań cyfrowej rewolucji? Czy nie jest tak, że podczas kolejnych wyborów elektorat znów zachwyci się pączkami, podczas gdy własny kraj wymaga co najmniej soków ze szpinakiem? Czy nie zaakceptować wpadniemy w obłędną spiralę podobną do tej, która kiedyś dotknęła południe Europy? Czy koniec końców propozycje partii rządzącej są mnie tak naprawdę niezbędne do szczęścia?

500 dodatkowo a sprawa polska

Spójrzmy, jak realnie da nam pięć stów plus na każde maluch? Bez wątpienia ok. 40 mld zł trafi do portfela polskich rodzin. Brzmi cudownie, pompatycznie i patriotycznie. Trudno z taką retoryką wraz z "wysokiego C" dyskutować. Czy jednak w takiej postaci będzie to program potrzebny? Co więcej, czy jest on wciąż prodemograficzny, lub już prosocjalny? A może prodemograficznym tak naprawdę nigdy odrzucić był? Co chce PiS przez niego osiągnąć?

Partia już nie twierdzi, że dzięki comiesięcznym 500 zł na koncie zostanie rodziło się więcej najmłodszych. I bardzo porządnie, że tak nie powiada, bo strzeliłaby sobie samobója. W 2018 urodziło się 387, 9 tys. pociechy, czyli o ok. 14 tys. mniej niż w 2017 r. Jak i również trudno byłoby wytłumaczyć osobom, że to i tak więcej, niż założył po swojej prognozie GUS (ten prognozował liczbę urodzeń w 2018 r. w stopniu 360, 2 tys. w wariancie wysokim. W ocenie skutków regulacji do ustawy na temat 500 plus resort z kolei przyjął, że na wprowadzeniu programu będzie to 379, 5 tys. ).

A jeśli to reforma prosocjalna, to lub przypadkiem swojego zadania już nie spełniła? Najbiedniejsze rodziny ze swoimi pociechami dostały przecież pieniądze, co bez wątpliwości poprawiło ich byt, zaś mówiąc językiem ekonomii "zasypało nierówności społeczne, podnosząc dochody gospodarstw domowych". Czy dlatego 500 zł na każde dziecko jest aż naprawdę potrzebne?

Rodziny z jednym dzieckiem są statystycznie bardziej majętne od tych z kilkorgiem maluchów. Owe 20 mld zł (koszt wprowadzenia świadczenia na w pierwszej kolejności dziecko) również można aby przeznaczyć na reformę ekipy zdrowia, podniesienie jakości nauczania w kraju itd. To też jest "wyrównywanie szans" i pomoc najuboższym. I chodzi o pomoc jedną z najwartościowszych, którą mogą otrzymać - edukację, wiedzę, umiejętności oraz kompetencje miękkie. One już być może są, a zaraz będą niewątpliwie najważniejszymi dobrami w cyfrowym, niezwykle elastycznym i dynamicznym świecie. Tego jednak nad Wisłą nie uraczymy. Aby znaleźć polski uniwersytet wśród 1-wszą tys. najlepszych uczelni na świecie, musielibyśmy szukać przy połowie stawki. Polska szkoła to wciąż model pruski i tylko nieliczne wyjątki uczą współpracy opartej na fachowym empiryzmie.

Makroekonomicznie więc 500 plus na każde dziecko wygeneruje duży bodziec do wzrostu konsumpcji, ale już niekoniecznie przyczyni się do wzmocnienia polskiej gospodarki. Pytaniem otwartym pozostanie również, jak znaczący to będzie wzrost. Tu wskazane jest poruszyć temat niższej krańcowej skłonności do konsumpcji osób o wyższych dochodach. W tym momencie 500 plus dostaną jednostki bogatsze, które mogą mniej wydawać na zakupy (czyli mniej wróci pieniędzy do budżetu pod postacią podatku VAT), a więcej robić oszczędności.

Emerytura emeryturze nierówna

To samo "13" emerytura, która posiada kosztować ok. 10 mld zł. Można dostrzec przy tej ofercie podobny problem. Po pierwsze, dostanie ją każdy emeryt i/lub rencista. Nawet ten, który ma 5 tys. zł dzięki rękę świadczenia z ZUS. Po drugie, wbrew obiegowej opinii, sytuacja polskich emerytów bynajmniej nie jest aż takowa zła, jak mogłoby się wydawać (polecam arcyciekawy punkt Jakuba Sawulskiego z IBS dla "Rz").

Żeby było jasność - pobudzanie najbiedniejszych grup społecznych wydaje się być niezwykle ważne. Jedną kwestią jest jednak robić to z głową, wszystko obliczyć, oprzeć się na badaniach naukowych, uzasadnić swój asortyment, a co innego sypać każdemu po równo i nabywać tym samym głosy wyborcze.

Młodzi bez podatku, niedoświadczony zatopiony?

Kolejny przykład to brak PIT-u do 26 roku życia. Na 1-wszy rzut oka świetny rozwiązanie. Niestety, trzeba nim rzucić raz drugi. Bo ten zabieg rodzi nie tylko pole do nadużyć (młode słupy), ale także w gruncie rzeczy jest niesłuszny. Dlaczego pomagamy osobom obecnie do 26 roku życia, a nie do trzydziestu? A co z matką, która wychowuje dziecko jak i również wraca na rynek robocie w wieku 27 latek? Czy jej nie powinno się się pomoc?

Powinniśmy wspierać młodych na rynku pracy nie poprzez mocne ustalenie wieku, do którego nie płaci się datku, a momentu zajrzenia na rynek pracy. Dlaczego młody budowlaniec, który zaraz po szkole zawodowej pójdzie do robocie, ma być gratyfikowany, natomiast lekarz po studiach, który to nie miał czasu manipulować po zajęciach na uniwersytecie już nie? Z daleka pachnie to złowieszczym przekupstwem młodzieży. Nie mówiąc obecnie o tym, że jeżeli ktoś na serio chciałby się zająć zachęcaniem młodzieży do pracy, to 1 rzeczą powinna być gruntowna reforma urzędów pracy, których pracownicy tak naprawdę powinni siedzieć znacznie częściej w liceach i dzięki uczelniach, edukując i uświadamiając młodzież, jakie obecnie będą trendy na rynku pracy.

Wracając do propozycji PiS, plusem jest natomiast ciekawa zapowiedź podwyższenia nakładów pieniężnych uzyskania przychodów przez podwładnych. Choć spowita na wypadku mgłą może być całkowicie sensowym rozwiązaniem, powodującym wzrost aktywizacji zawodowej. Musimy zaczekać na szczegóły.

Podsumowując, w Strategii na Kwestia Odpowiedzialnego Rozwoju Mateusz Morawiecki zapowiadał nacisk na zwiększanie krajowych oszczędności i inwestycje, które mają pchnąć Polskę przy nową dekadę możliwości. Tymczasem stopa inwestycji wciąż jest poniżej satysfakcjonujących poziomów a mianowicie inwestują raczej duże przedsiębiorstwa państwowe i zagraniczne koncerny. Małe i średnie firmy, te najważniejsze dla krajowej gospodarki, są zawieszone w letargu.

Dlaczego? Prawdopodobnie dlatego, że, aby dać do ręki przeciętnemu obywatelowi gotówkę, rząd musi przysikać przedsiębiorców w innych rejonach. Ot, znana z podręczników do ekonomii stymulacja fiskalna kosztem inwestycji. Należy z całą mocą zaakcentować, że takie działanie podkopuje długofalowy potencjał Polski. Czy tego na pewno chcemy?

Ale to odrzucić wszystko. Nasi politycy, wysypując wór z obietnicami, natychmiast będą musieli się też mierzyć z żądaniami powiększenia płac w sferze budżetowej. A kolejka po pokryzysowym zamrożeniu wynagrodzeń w budżetówce jest długa. To pociąga za sobą kolejne stresu w kasie państwa.

Słowem, kiedy na decyzje europejskie i parlamentarne pracownia polityczna idzie po kreski najmniejszego oporu - ofiarować tyle, ile się da i, patrząc z perspektywy intratności politycznej, komu się da, wiedz Drogi Czytelniku, że nie dzieje się najlepiej. Rząd serwuje nam kaloryczne pączki, miast uczyć zdrowej diety.

Czym to może skutkować? Najpierw zacznie się od momentu gospodarczego cellulitu, lekkiej gospodarczej zadyszki, by następnie ukończyć w systematyczną budowę budżetowych zatorów. Wzmożona konsumpcja wydaje się dobra na chwilę przy chwilach spowolnienia. Później być może ona prowadzić do zbędnego importu, zaburzenia bilansu obrotów bieżących i rozchwiania kompletnej gospodarki. Od tego chwili do pełnego zawału dzieli tylko kilka sutych obietnic wyborczych. Smacznego.